Referendum – nadchodząca porażka lewicy

Szósty września zapowiada się być przedwyborczą wisienką (albo jak kto woli – kiełbasą)
na kampanijnym torcie każdej partii. Większość obywateli, o ile w ogóle zjawi się przy
urnie, zna tylko pierwsze pytanie. Bardziej świadomi słyszeli o drugim, a trzecie będzie
niedzielnym zdziwieniem. Tyle że wszystkie w ten czy inny sposób egzystują w
powszechnym obiegu, przez co wynik można z dużą dokładną przewidzieć już teraz.
Niestety, to oczywiste jasnowidzenie nie może cieszyć mojego lewicowego serduszka.

Referendum
Pytanie pierwsze – czy chciałbym zabetonować sejm jeszcze bardziej? Oczywiście że tak!
Małe partie, nie tylko te na lewicy, o niczym innym nie marzą, jak brać udział w wyborach
większościowych o jeden mandat z największymi ugrupowaniami w kraju. O niczym innym
nie śnimy, jak o systemie dwupartyjnym na wzór angielki, gdzie ekipa z poparciem
zaledwie 37% posiada 51% procent (dane zaokrąglone podług zasad matematyki). To nie
jest demokracja, a tym bardziej władza ludu. To jest władza zaledwie 1/3 obywateli nad
całym narodem (ciekawe, czy ci sami ludzie, którzy popierają jowy, powiedzą, że żądania
mniejszości seksualnych to władza mniejszości?). Zaraz ktoś powie, że mamy różne typy,
jeden z nich nawet popierany przez bardzo lewicowe Razem. Tak, ale STV ma to do
siebie, że ciągle pozostaje systemem proporcjonalnym, a nie większościowym, co daje
jakieś szanse mniejszym partiom. Jak mogę przeczytać na stronie jow.pl, dowodem na
skuteczność tego systemu jest to, że największe mocarstwa z tego korzystają: Wielka
Brytania, Francja i USA oraz Indie (nie, to nie jest akurat mocarstwo). Chyba zgodzimy się,
że argument siły nie jest zbyt merytoryczny? Potęga trzech pierwszy państw wynika z ich
sytuacji historycznej, która rzutuje na teraźniejszość nam znaną (odsyłam do klasyki na
dobry początek: W.I. Lenin „Imperializm jako najwyższe stadium kapitalizmu”). Ojczyzna
Ghandiego to zupełnie inna bajka polityczna. Chciałbym też zauważyć, że Niemcy, kraj jak
mi się zdaje o wiele silniejszy – kraj, który zrobił Grecję swoją nałożnicą – jowów dziwnym
trafem nie posiada (manipulacją byłoby nienapisanie, że to też w dużej mierze wynika z
wydarzeń historycznych).
Odpowiedź na drugie pytanie znajdziemy – a jakże – u Lenina. Odsyłam do wyżej już
wymienionej pozycji tego pana, aby zobaczyć, jak rodziła się choroba licznych banków i
zrzeszeń handlowych, nazywana powszechnie „obsadzaniem stołków politykami” oraz
„przekręty przy zamówieniach publicznych”. Ja pozwolę sobie tylko na parę uwag.
Większość z nas jest zgodna, a przynajmniej tak mnie się wydaje, że w wojnach Stanów
Zjednoczonych wcale nie chodzi o pokój na świecie i niesienie demokracji, a o dostęp do
pewnych złóż (czyli ropy, chociaż to nie jedyny profit, jaki Ameryka ciągnie z bliskiego
wschodu). Skoro walka rozgrywa się o ropę, a USA nie posiada państwowych
przedsiębiorstw wydobywczych, to w czyim imieniu prowadzona jest rzeź (bardzo często
polegająca na zabijaniu niewinnych mieszkańców wioski)? Prywatnych korporacji, które
wykładają ogromne pieniądze na finansowanie kampanii politycznych dla poszczególnych
kandydatów. W Polsce ta patologia, chociaż mniej widoczna, także występuje. Związana
jest jednak z innym zjawiskiem – przekupstwem. A z różnymi patologiami należy walczyć
różnymi środkami.
Trzecie pytanie wydaje się oczywiste – chce, aby państwo rozstrzygało niejasności
prawne na moją korzyść (tj. podatnika). I teraz osoby, o bardziej wrażliwym na marksizm
zmyśle powinny całkowicie przestać czytać ten tekst. Gotowi? Luki podatkowe nie istnieją
dla przeciętnego proletariusza. On może sobie jedynie odpisać coś od podatku, o ile ma
znajomych znających się na tym lub wystarczająco dużo samozaparcia przedzierania się
przeze urzędnicza nowomowę (w praktyce mało kto). Wykorzystywanie dziurawego prawa
to domena wielkich firm, korporacji oraz innych podmiotów, które pragną „optymalizować
wydatki”. Już teraz istnieje niepisane prawo, przyzwalające na takie metody, a kiedy w
referendum większość polaków (znaczy – ta większość z 50%, która pójdzie do urny)
odpowie „tak”, pozwoli na zaistnienie czegoś, co w językoznawstwie nazywamy „funkcją
sprawczą języka” (performatywną) – a więc danie zielonego światła dla wszystkich
obchodzących system podatkowy, aby robili to bez wyrzutów sumienia.
Nie będzie chyba wielkiego zdziwienia, jeżeli powiem, że całe to referendum to
burżuazyjna farsa. Odpowiednia manipulacja pytania, trochę propagandy tzw.
„wkurzonych” i klasa robotnicza sama zawiąże sobie stryczek na gardle. Z bólem
stwierdzam, że wyniki tego zacnego głosowania będą nie tylko stryczkiem dla (istniejącej
tylko teoretycznie) klasy robotniczej, ale też dla wszystkich osób o poglądach mocno
lewicowych. Tylko czego tu się dziwić? Myśliciele lewicowi, szczególnie ci bardziej
anarchizujący, już dawno przewidzieli, że władza burżuazji będzie wzrastać
proporcjonalnie do sfery życia robotnika zajętej przez kościół, państwo i kapitał. Ci zaś
proletariusze, ogłupieni propagandą, pozostający jednak w nurcie wartości pracy skierują
się nigdzie indziej jak w stronę faszyzmu. Aż ciśnie się na usta Bakunin, który mówił –
człowiek ma tendencję do negowania swoich podstaw i korzeni; sprawia to, że im bardziej
rozwija się świat, tym bardziej uciekamy od naszych naturalnych korzeni, a uciekamy w
stronę religii, państwowości oraz kapitalizmu (parafraza: M. Bakunin „Bóg i państwo”).

Mikołaj Przezbórski

UWAGA! TEKST NAPISANY PRZEZ NASZEGO WSPÓŁPRACOWNIKA – NIE REPREZENTUJE POGLĄDÓW REDAKCJI

Comments

Comments

Dodaj komentarz